Pusta - bez miłości
Pusta
Wybrana z emocji
Pozbawiona łez
Pragnąca samotności
Pusta
Tęskniąca za kolorami
W czarno-białym świecie
Szukająca ciepła
W lodowej krainie
Jednak wciąż pusta
Miała oczy ślepca
Podarte ubrania
Pomarszczoną twarz
I puste spojrzenie
Spierzchnięte usta
Trzęsące się dłonie
I rany głębokie
Z których sączyła się krew
Wprost z pustego serca
Potknęła się na krawędzi
Krzyczała spadając w przepaść
Zniknęła nie znalazłszy miłości
Pusta
ONI
Jak mogę ukryć swą prawdziwą twarz
Gdy każdy pragnie zerwać maskę
Jak mogę przyznać się do kłamstwa?
Gdy pod uśmiechem ukrywam smutek
Ale oni próbują…
Chcą wedrzeć się do mojego świata
Wejść w butach utaplanych w błocie
Z ciszy wyrwać moje prawdziwe oblicze
By upokorzyć, zdeptać i zhańbić
Dla własnej przyjemności….
Gdy jak robala wdepczą mnie w ziemię
Wyrwie się mój wewnętrzny krzyk
Słowa niewypowiedziane przetną eter
Ból ściśnie me serce i w ciszy spłyną łzy
Moje życie przestanie mieć znaczenie…
Jak mogę ukryć swą prawdziwą twarz
Gdy każdy pragnie zerwać maskę
Jak mogę przyznać się do kłamstwa?
Gdy pod uśmiechem ukrywam smutek
Ale oni próbują…
Chcą wedrzeć się do mojego świata
Wejść w butach utaplanych w błocie
Z ciszy wyrwać moje prawdziwe oblicze
By upokorzyć, zdeptać i zhańbić
Dla własnej przyjemności….
Gdy jak robala wdepczą mnie w ziemię
Wyrwie się mój wewnętrzny krzyk
Słowa niewypowiedziane przetną eter
Ból ściśnie me serce i w ciszy spłyną łzy
Moje życie przestanie mieć znaczenie…
O wschodzie słońca
Mrok zapadł niespodziewanie
Księżyc zabrał sen z powiek
Gwiazdy oświetliły umysł
A przecież powinnam spać
Dlaczego więc nie śnię?
Wiem, że dziś nie zasnę
Choć tak bardzo bym chciała
Jak wczoraj i przed tygodniem
Nie jestem w stanie zmrużyć oka
Błagam o sen…
Nadchodzi nad ranem
Gdy słońce walczy o byt
Powieki robią się ciężkie
Umysł zamiera w bezruchu
Nadchodzi kolejny świt…
Walczę ze snem by zobaczyć wschód
Tak bardzo tęsknię za tą chwilą
Gdy stworzenia dnia budzą się do życia
Jednak powieki są zbyt ciężkie
Umieram…
Mrok zapadł niespodziewanie
Księżyc zabrał sen z powiek
Gwiazdy oświetliły umysł
A przecież powinnam spać
Dlaczego więc nie śnię?
Wiem, że dziś nie zasnę
Choć tak bardzo bym chciała
Jak wczoraj i przed tygodniem
Nie jestem w stanie zmrużyć oka
Błagam o sen…
Nadchodzi nad ranem
Gdy słońce walczy o byt
Powieki robią się ciężkie
Umysł zamiera w bezruchu
Nadchodzi kolejny świt…
Walczę ze snem by zobaczyć wschód
Tak bardzo tęsknię za tą chwilą
Gdy stworzenia dnia budzą się do życia
Jednak powieki są zbyt ciężkie
Umieram…
Schwyciłam go w dłonie
Gdy chciał odejść
Złapałam za szyję
Zaczęłam dusić
Wyrwałam wszystkie włosy
I połamałam każdą jego kość
Zakneblowałam mu usta
Gdy krzyczał, że ma mnie dość
Przywiązałam do krzesła
By przy mnie siedział
By mnie nie opuszczał
By podarował mi siebie
Następnego dnia zniknął
Wołałam i błagałam
Płakałam przez dzień cały
Ale on nie wracał
Dziś szukam go wszędzie
Zaglądam w każdy kąt
Nie potrafię pisać
Bo mój “Wen” uciekł stąd!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz